W PSYCHIATRII WCIĄŻ JEST MNÓSTWO DO ODKRYCIA

Katarzyna Szulik


Dr Błażej Misiak (fot. Tomasz Walów)


– Chciałbym, żebyśmy doszli do takiego etapu społecznej świadomości zaburzeń psychicznych, że telefon do pracodawcy z informacją „nie będzie mnie w pracy z powodu depresji” był traktowany jak zawiadomienie o każdej innej chorobie – mówi dr Błażej Misiak, asystent w Katedrze i Zakładzie Genetyki oraz zdobywca stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego dla wybitnych młodych naukowców w 2017 roku.

Czy wybór psychiatrii jako specjalizacji był dla Pana oczywisty?

Mówiąc szczerze, było we mnie trochę znudzenia tzw. medycyną somatyczną, a w pewnym momencie zobaczyłem, że w psychiatrii jest jeszcze mnóstwo do zrobienia. Jest to dziedzina pod wieloma względami odmienna od reszty medycyny, wymaga zupełnie innego podejścia, szereg jej obszarów pozostaje całkowicie niezbadany. W tzw. somatycznej medycynie, choć trudno ją oddzielić od innych dyscyplin medycznych, zazwyczaj mamy ściśle określone mechanizmy biologiczne: jest wirus-jest infekcja, jest miażdżyca-jest zawał. Natomiast przyczyny zaburzeń psychicznych bywają tak złożone, że często pozostają nam tylko hipotezy. Ta złożoność problemów zawsze mnie fascynowała, a równocześnie mam świadomość, jak bardzo zaniedbana, także naukowo, jest ta dziedzina i jak wiele jeszcze można w niej osiągnąć.

Zajmuje się Pan genetyką zaburzeń psychicznych – czego dotyczy ta dziedzina?

Moje badania koncentrują się na genetyce zaburzeń psychotycznych, takich jak schizofrenia. W tym wypadku ważna jest pewna komponenta genetyczna, która przekłada się nie tylko na zwiększenie ryzyka zachorowania na schizofrenię, ale też na skuteczność leczenia. Zajmuję się także epigenetyką, która łączy kwestie genetyczne ze środowiskowymi. Dziedzina ta bada modyfikacje materiału genetycznego pod wpływem szeroko rozumianego środowiska, czyli na przykład stresu. Jak się okazuje sytuacje, których doświadczamy bądź doświadczyliśmy, zwłaszcza te o charakterze traumatyzującym, odciskają piętno na naszym genomie. Właśnie pod tym kątem badam schizofrenię - interesują mnie wydarzenia traumatyczne, których pacjenci doświadczyli w przeszłości oraz ich wpływ na tzw. dysregulację epigenetyczną obserwowaną w schizofrenii.

Odkrycie takich zależności pozwala w jakiś sposób na nie wpłynąć?

Na poziomie genów nie jest to możliwe, ale schizofrenia jest bardzo heterogenną grupą zaburzeń i tak naprawdę kryteria opracowane dla jej rozpoznania są umowne. Mówiąc obrazowo, prawdopodobnie mamy do czynienia z dużym workiem, do którego wrzuca się różne rozpoznania. Znalezienie genetycznych podstaw pozwala nam podzielić je na grupy i sprawdzić, w jaki sposób odpowiadają na leczenie. To z kolei sprawia, że nasze podejście do pacjenta jest bardziej spersonalizowane.

Czy w takim razie możemy liczyć na odkrycie testu genetycznego nakierowanego na stwierdzenie ryzyka pewnych zaburzeń?

Wciąż czekamy na pojawienie się testu, który byłby dobrym predyktorem dotyczącym zachorowania na schizofrenię. W tym kontekście nasz zespół prowadzi badania dotyczące osób z tzw. stanami ryzyka psychozy, czy objawami prodromalnymi. Są to osoby, u których już uwidaczniają się pewne dyskretne objawy, ale jeszcze nie można zaklasyfikować ich jako schizofrenię, czy inne zaburzenia psychotyczne. Niektórzy pozostają w tej fazie przez całe życie i nigdy nie zachorują. W naszych badaniach staramy się sprawdzić, czy różne zmienne genetyczne i biologiczne są w stanie powiedzieć, u którego z tych pacjentów choroba rzeczywiście się rozwinie.

Pacjentowi na etapie prodromalnym można pomóc, zahamować dalszy rozwój choroby?

W przypadku takich osób można stosować interwencje psychoterapeutyczne lub farmakologiczne, które opóźniają rozwój choroby, ale niestety nie poprawiają ich ogólnego poziomu funkcjonowania. Wspólnie z zespołem Katedry i Kliniki Psychiatrii chcemy stworzyć program właśnie dla osób z grupy ryzyka, żeby móc pomóc im w porę.

Również we współpracy z pracownikami Katedry Psychiatrii stworzył Pan artykuł nagrodzony Złotą Synapsą jako najbardziej znaczący w tej dziedzinie w Polsce.

Trauma wczesnodziecięca, o której traktuje artykuł, to doświadczenie, które jest znacząco częściej relacjonowane przez pacjentów z rozpoznaniem schizofrenii. Koreluje ono z wieloma parametrami, w tym z dysregulacją biologiczną. Dowiedziono na przykład, że podprogowy stan zapalny związany ze schizofrenią jest bardziej nasilony właśnie w grupie, która doświadczyła zdarzeń traumatycznych. Z kolei nasze badania pokazały, że pewne epigenetyczne procesy przebiegają nieco inaczej w grupie osób z takim doświadczeniem. Co więcej, osoby które przeżyły traumę gorzej odpowiadają na leczenie, także farmakologiczne, czego też dowiedliśmy w jednym z naszych badań. Wynika z nich również, że u tej grupy pacjentów niektóre objawy manifestują się silniej, a rokowanie długoterminowe jest gorsze. Mimo to obecne rekomendacje nie sygnalizują potrzeby uwzględniania w postępowaniu klinicznym doświadczenia traumy wczesnodziecięcej w tej grupie pacjentów. Wspomniany artykuł był próbą kompilacji wyników badań ukazujących wszystkie mechanizmy, które rządzą rozwojem psychozy w kontekście traumy wczesnodziecięcej.

Czy w takim razie właściwa reakcja na traumę już w dzieciństwie może zapobiec wystąpieniu zaburzeń w późniejszym wieku?

Sądzimy, że wdrożenie interwencji terapeutycznej na wczesnym etapie mogłoby zapobiegać powstaniu tych zaburzeń. Ale nawet jeśli już dojdzie do rozwinięcia się choroby, praca terapeutyczna powinna być oparta na tych doświadczeniach. Mówię tu o naprawdę dużych traumach, takich jak przemoc fizyczna, emocjonalna czy seksualna.

Całą rozmowę można przeczytać w najnowszym styczniowym wydaniu Gazety Uczelnianej.